Każdy kot, który u nas przebywa, zyskuje dosyć szybko swoje przezwisko - w przypadku Zoe była to "Zołzi" - bo przez pierwsze dwie noce pod naszym dachem płakała rozpaczliwie, tęskniąc za poprzednim domem tymczasowym, nie dając się nam pocieszyć w żaden sposób.
Bartek nazywał ją nawet "Zło-i", zwłaszcza gdy niewyspany szedł do pracy... Jego też pierwszego - chyba dla zasady :) - Zoe udobruchała, zamruczała, wytuliła, no i owinęła dookoła pazurka... Po dwóch dniach stres się skończył, a kontynuowane były gonitwy, mruczanki, przytulanki, noszenie pluszowego Szczura w pyszczku... W dodatku Zoe doczekała się prawdziwego castingu na swojego Człowieka - tylu było chętnych do pokochania Maleńkiej. Gdy już zostało postanowione, gdzie się przeniesie, gdzie zyska swoich Ludzkich Przyjaciół i kociego Kolegę (o imieniu Cybuch) - kota nam się pochorowała...
Szybka wizyta u weterynarza niestety nie przyniosła rozstrzygającej diagnozy, na razie jednak wygląda na to, że kota się po prostu przeziębiła. Podajemy leki - i czekamy na efekty. Jej Ludzie postanowili poczekać na jej wyzdrowienie (tak jest zdecydowanie lepiej dla Koty), więc mam nadzieję, że Maleńka nie każe na siebie czekać zbyt długo.
A ja sobie dzisiaj rano mamrotałam do siebie:
Szansa kicha,
Wala kicha,
Zoe kicha,
no to kicha...
Ech...
No przecież oczywiście, że to nie ja byłam w zlewie!
Nie no, to ciocia Wala chyba...
A poza tym skoncentruj się lepiej na drapaniu kotka pod bródką
0 komentarze:
Prześlij komentarz